Zginął w czeluściach mroku.
Poszedł beze mnie, skończył życie beze mnie.
Będzie to dostateczna kara za opuszczanie mnie.
Smutek? Skrucha? Nie.
Wypełnia mnie złość że nie widziałam jak te robactwo rozkłada jego martwe ciało.
-Lucy!Lucy!
Z rozmyśleń wyrwał mnie mój młodszy, kochany braciszek.
Pod wpływem chwili chwyciłam ostre narzędzie.
-Żegnaj Matt.
Matt popatrzył na mnie przestraszony, ja bez chwili zawahania wbiłam mu te ostre narzędzie w serce. Krew zaczęła się lać, jeszcze chwilę temu uśmiechnięty braciszek żył z marzeniami o lepszym jutrze, żył z nadzieją że ono nastąpi. A ja ot tak pozbawiłam go wszystkiego. Leżał tak bezbronnie, krwawiąc coraz bardziej. Nie żył. Zabiłam brata, wysłałam kochającego mnie mężczyznę na pewną śmierć. Jestem beznadziejna. Zabrałam swoją torbę, ruszyłam w stronę wyjścia, jeśli takowe istnieje w tym lesie śmierci. To jedna wielka pułapka. Chodź nie mogę stwierdzić że akurat ten las jest tym lasem śmierci. Każdy las może nim być, ale ten jest specjalny. Bo jest mój.
Witam,witam. Nie za bardzo długie to dzisiaj, ale to taki przed smak. Początek końca tej historii.
Tyle co mogę wam powiedzieć, dalej będzie więcej, ale i mniej. Do zobaczenia.